Szkoła Dam
Musisz się zalogować jeżeli chcesz umieszczać wpisy i zakładać tematy.

Dzieci w miejscach publicznych

12
Cytat z Akwamaryna data 10 czerwca 2019, 13:54

Dlatego apeluję do bezdzietnych szczęśliwych podróżnych: słuchawki na własne uszy i uśmiech na twarz! Rodzice przechodzą w tym czasie gorsze piekło.

Wydaje mi się, że jednak nie. Uwierz mi, że nawet najlepsze słuchawki ze światowym poziome redukcji hałasu nie pomogą, jeżeli rodzic nie robi nic. Puszcza dzieci samopas i reaguje agresywnie na każda, najmniejszą nawet prośbę o opanowanie malucha.  I ciężko jest się uśmiechać jak berbeć rozsmarowywuje czekoladę na Twojej walizce. W takiej sytuacji to nie rodzice przechodzą przez najgorsze piekło.

Pamiętam, kilka miesięcy temu leciałam samolotem. Lot przesiadkowy po innym kilkugodzinnym. Byłam wykończona, ledwo widziałam na oczy, bo nie spałam ponad dobę, bolała mnie strasznie głowa. Za mną usiadł 3-4 latek, który znalazł sobie zabawę w postaci kopania w moje krzesło, głośno przy tym śpiewając. Prosiłam jego matkę, żeby zainterweniowała, tłumaczyłam moją sytuacje (choć nie powinnam być do tego zmuszona). Matka stwierdziła, że dziecko jest wychowywane bezstresowo i nie może nic zrobić.  Po godzinie nierównej walki i takim argumencie „przypadkiem upuściłam” pustą butelkę po wodzie na  jej dziecko. Jak w szoku wrzasnęła, co wyprawiam, to powiedziałam, że też byłam wychowywana bezstresowo. Zadziałało. Jednak dziecko dało się opanować, po prostu trzeba motywacji.

 

I żeby nie był wątpliwości : uważam, że jest duża (i widoczna) różnica między rodzicami, którzy starają się opanować dziecko i im nie wychodzi a rodzicami, którzy odpuszczają , bo tak im wygodnie.

Transport publiczny jest dla wszystkich, dla wszystkich, którzy potrafią się zachować w społeczeństwie. Jeżeli ktoś ma psa, o którym wie, że nie wytrzyma w podróży, i po godzinie zasika ze stresu cały przedział to albo nie bierze go do pociągu i wybiera inny środek transportu, albo spędza podróż na korytarzu, żeby innym nie utrudniać życia (i sprząta na bierząco). Podobnie z dziećmi.  Rodzice przechodzą przez piekło w podróży jak się odpowiednio nie przygotowali albo nie znają własnego dziecka (tudzież psa).

W mojej opinii jeśli ktoś decyduje się na podróż transpotem publicznym z dzieckiem to on ponosi za to dziecko pełną odpowiedzialność i nie ma tutaj znaczenia ile to dziecko ma lat. Rozumiem, że są sytuacje kiedy trzeba gdzieś jechać nawet z maluchem- do lekarza czy w inne niezbędne miejsce. Ale ludzie latający z małymi dziećmi na wakacje to dla mnie kompletni ignoranci. Tej zimy wybrałam się na długo wyczekiwane wakacje poprzedzone 11 godzinnym lotem, jednak przez pewnych rodziców i ich potomka podróż okazała się największym przekleństwem. Dziecko przez całą podróż płakało- ani rodzice ani stewardessy nie były w stanie go uspokoić, najpewniej zmiana ciśnienia sprawiała dziecku ból, personel pokładowy próbował nakładać dziecku szklanki na uszy, gimnastykował się przez całą podróż, by ulżyć małemu człowiekowi w cierpieniu. Wszyscy byli bezradni, współpasażerowie po pewnym czasie sami mieli ochotę wybuchnąć płaczem! Muszę się przyznać, że miałam zacząć krzyczeć na tych rodziców, myślałam, że oszaleję. Samolot to nie jest miejsce dla małych dzieci, nikt nie chce korzystać z toalety w której leżą zużyte pampersy i inne odpadki po przewijaniu dziecka. Nikt nie chce słuchać wrzasku czyichś dzieci podczas swojego odpoczynku.  Zmuszanie ponad setki osób do znoszenia takich warunków to czysty egoizm. Zmuszanie swojego dziecka (które nie potrafi wyrównać ciśnienia w uszach) do znoszenia takiego bólu to również egoizm. Nie ma dla mnie wytłumaczenia takich zachowań. Istotą sv jest to, aby nasze zachowanie nie sprawiało nikomu nieprzyjemności czy trudności. Zmuszanie innych ludzi do znoszenia płaczu czy niesubordynacji naszych dzieci przeczy zasadom dobrego wychowania.

Wydaje mi się, że chodzi tu też o to, że ludzie czują, że wobec rodziców z dziećmi mogą pozwolić sobie na więcej. Przykład: mam mocny głos, do tego z zawodowego przyzwyczajenia mówię głośno i wyraźnie. Moja interakcja z dzieckiem nie różni się przesadnie od rozmowy z dorosłymi, po prostu z córką rozmawiam. Kiedy rozmawiam ze znajomymi w restauracji lub tramwaju, nie wywołuje to żadnych reakcji. Kilka razy za to zdarzyło mi się, że jakaś kobieta zganiła mnie lub z ubolewaniem zaczęła kręcić głową, kiedy rozmawiałam z dzieckiem w miejscu publicznym.

12
(id: 0)