Szkoła Dam
Musisz się zalogować jeżeli chcesz umieszczać wpisy i zakładać tematy.

Dzieci w miejscach publicznych

12

Drogie Damy!

Ostatnio miałam okazję jechać pociągiem na dosyć długiej trasie. Mimo, że jechałam nowoczesnym i komfortowym taborem, ta kilkugodzinna podróż była dla mnie koszmarem... W pociągu było sporo rodzin z małymi dziećmi, które przez te kilka godzin płakały, krzyczały, piszczały, głośno się bawiły.

Wczoraj wzięłam udział w internetowej dyskusji na temat podróżowania z malutkimi dziećmi. Opisałam tę "przygodę". Napisałam tam, że nie chcę nikogo oceniać, bo rozumiem, że być może ktoś naprawdę musi w jakiejś pilnej sprawie jechać przez pół Polski pociągiem z niemowlęciem, które nie może kontrolować wydawanych odgłosów, ale sama, mając tak małe dziecko, w miarę możliwości wstrzymałabym się z tego typu, długimi podróżami transportem publicznym, bo szanuję przestrzeń innych i nie chciałabym zbytnio tej przestrzeni absorbować sobą. Napisałam też, że jakkolwiek trudno jest uspokoić płaczące niemowlę, nie rozumiem rodziców, który wręcz pobudzają dzieci do hałasowania. "Jak robi kurka?", "Jak robi kotek", "Ale pięknie śpiewasz", "A zaśpiewaj jeszcze taką i taką piosenkę".

Inne osoby (ewidentnie będące rodzicami), biorące udział w tej dyskusji rzuciły się na mnie jak na heretyka. Dostało mi się, że jestem pozbawiona tolerancji i empatii. Zakrzyczano mnie, że nie można kogoś skazywać na zamknięcie w domu tylko dlatego, że ma dziecko (tak jakby rezygnacja z dalekobieżnego transportu publicznego była równoznaczna z zamknięciem w czterech ścianach). Uprzejmie doradzono, że skoro przeszkadzają mi dzieci, być może sama powinnam przerzucić się na transport prywatny, bo przecież transport publiczny jest dla wszystkich.

No właśnie. To ostatnie szczególnie mnie zmartwiło, bo uważam, że jest to naprawdę niepokojący sygnał na temat społeczeństwa. Pominę już spostrzeżenie, że ludzie chcieliby zjeść ciastko i mieć ciastko, czyli mieć dziecko i żyć jak bez dziecka, nie zważając na to, że często wiąże się to z uprzykrzaniem życia innym ludziom właśnie z sferze publicznej. Szokująca jest dla mnie taka mentalność - skoro miejsce publiczne jest dla wszystkich, to w ogóle nie trzeba się w nim z niczym ograniczać. Uważam, że wręcz przeciwnie - to właśnie w miejscu publicznym należy w szczególności zważać na innych.  Dziwi mnie to, że ludzie ci nawoływali do empatii zapominając, że potrzebuje jej każdy, również ci, którzy chcieliby pojechać z jednego miasta do drugiego bez nabawienia się migreny. Kolejna rzecz, nad jaką załamuję ręce nie dotyczy opisanej, internetowej dyskusji, ale samych wydarzeń z pociągu. To pytanie być może zabrzmi obcesowo, ale nasuwało mi się przez całą podróż. Czy dzieci są jeszcze w ogóle wychowywane, czy po prostu chowane? Wydaje mi się, że z kilkuletnim dzieckiem można już rozmawiać na temat ogólnie rozumianego nieprzeszkadzania innym.

Co o tym wszystkim myślicie?

Też zauważyłam, że obecni rodzice chcą mieć dzieci i prowadzić życie jak z czasów przed dziećmi. Tak jak napisałaś Olga- chcą zjeść ciastko i mieć ciastko. Sama widzę nie raz jak ludzie rzucają się na naprawdę dalekie podróże z malutkimi dziećmi. Jakiś czas temu leciałam dalekobieżnym samolotem. Ludzie wtedy lecieli 9 godzin z niemowlętami! Ale wtedy te dzieci były akurat w miarę spokojne jak na takie maluchy a ja siedziałam dość daleko od nich(koszmar podróżnika- płaczące dziecko w samolocie siedzące blisko nas).

Mam wrażenie, że wychowywanie dzieci i wpajanie im zasad savoir vivre nawet na podstawowym poziomie jest już niemodne, passé. Przychodzą do mnie czasem matki z dziećmi. Te dzieci są niemożliwe, rozbrykane, wszystko dotykają na moim biurku. I nie maluchy 2-letnie ale np. 9-cioletnie dzieci. Na jakieś uwagi matki w ogóle nie reagują. Dramat po prostu- taki duży dzieciak a dotyka wszystkie notesy czy długopisy na cudzym biurku- przy mnie ma się rozumieć. I właśnie- w ogóle swoich matek nie słuchają. W dodatku to wieczne usprawiedliwianie dzieciaków-„przecież to jeszcze dziecko”. Jak długo można je w ten sposób usprawiedliwiać „jest jeszcze młody i głupi”. Do 18rż? Do 30rż?

Mam wrażenie, że te obecne dzieci są jakieś nadmiernie rozbrykane, nadpobudliwe. Jakby kipiała w nich energia a nie miały jak jest spożytkować, zużyć na jaką aktywność fizyczną. A może coś jest w tym, że to od nadmiaru słodyczy i urządzeń mobilnych?

Może ktoś stwierdzić że jestem bezdzietną wredną osobą i się czepiam. Ale naprawdę- chyba mnie coś ominęło albo jest jakaś niedzisiejsza.

Nie mam jeszcze dzieci, ale mam psa - przepraszam, jeśli kogoś dotknie to porównanie, ale rzecz jest bardzo podobna, choć dzieci na ogół akceptuje się w każdej przestrzeni, inaczej niż zwierzęta. Jako dorośli ludzie odpowiadamy za naszych podopiecznych - za ich bezpieczeństwo, zachowanie i wychowanie do funkcjonowania w społeczeństwie.

Szykując się powoli do macierzyństwa, interesuję się tematem i często spotykam się z dwoma frontami: "dziecko należy dyscyplinować" oraz "dziecko, to dziecko". Osobiście najbardziej przemawia do mnie pozytywna dyscyplina i ocieplona forma wychowania francuskiego, w którym dziecko traktowane jest jak człowiek rozumny, a nie jak istota o mniejszych lub (częściej spotykane) większych prawach. Podróżując transportem publicznym musimy się godzić z pewnymi niedogodnościami w postaci plączącego dziecka, którego rodzice nie są w stanie uspokoić. Z drugiej strony nie rozumiem postawy rodziców, którzy nie zwracają uwagi na wybryki maluchów argumentując, że to dzieci. W domyśle, nie obowiązują ich zasady społeczne.

I też mam dwa przykłady:

Lecieliśmy kiedyś z mężem samolotem. Koło nas siedziała kobieta z ok. rocznym synkiem, którego pomimo prób i swego ogromnego zażenowania, nie była w stanie uspokoić. Tak - przeszkadzało nam to, bo chłopiec zanosił się ponad 1,5h, ale z uśmiechem daliśmy sąsiadce do zrozumienia, że rozumiemy trudną sytuację. Mój mąż nawet w pewnym momencie wziął małego na ręce, co na chwilę go uspokoiło, a kobieta była wyraźnie wdzięczna.

Przy okazji innego lotu rodzice niestety, podobnie jak w historii z pociągiem, nie reagowali na płacz córeczki. Po prostu czekali aż się wypłacze. I nie wiem, czy robili to bo byli już zmęczeni i wiedzieli, że nic nie da, czy po prostu uznali, że... no właśnie "dziecko, to dziecko".

A to, że ludzie na forum skoczyli na Ciebie jak szarańcza jest przykre i nagminne. Podobne historie zmusiły mnie do ograniczenia korzystania z takich stron.

Dzieci to jednak dzieci, sa ciekawe swiata i wiele nie rozumieja. A czasem traktuja upominanie jak zabawe i na przekor robia.

Jak ktos nie ma dzieci, albo trzyma rygorystyczna dyscypline to tego nie rozumie. Dzieciom trzeba wiele wybaczyc, ale tez uczyc pewnego szacunku do innych.

Wspomniana historia, ze dziecko 9 letnie bierze wszystko co chce w biurze obcej osobie jest niedopuszczalna. Blad lezy po stronie rodzica, czlowiek w tym wieku juz wiele rozumie i powinien rozrozniac czas przeznaczony na szalenstwa i czas, gdzie trzeba byc spokojniejszym, gdzie trzeba szanowac innych.

Co do podrozy pociagiem, no coz nie kazde dziecko usiedzi w spokoju dluzsza podroz i tez ma prawo podrozowac. To przeciez transport publiczny, jakby nie patrzac dla rodzica taka podroz bywa meczaca, ale z jakiegos powodu jada pociagiem, a nie samochodem. Co do nasladowania zwierzat jest to jakis sposob by zajac dziecko. Kwestia zachowania dzieci starszych bedzie wynikac z podejscia rodzicow. Dzis mamy czasy, ze za wszelka cene rodzice bronia swoje dzieci, nie ucza ich szacunku do innych, oceniaja ludzi po grubosci portfela. Dziecko nie majac odpowiedniego wzorca, wyrosnie na roszczeniowca.

Bezdzietni pewnie nie zrozumieją tych z dziećmi, tak jak ludzie bez zwierząt - psiarzy. Myślę, że połowa stresów przeszłaby, gdyby obie strony starały się spełniać swoje obowiązki i byc wyrozumiałymi względem drugiej strony zakłądając, że ta nie działą złośliwie, czy nieodpowiedzialnie.

Kiedy widzę zanoszące się dziecko - choć doprowadza mnie to niekiedy do obłędu - staram się pamiętać, że maluch nie robi tego złośliwie. Tak jak mój Dolar niezłośliwie gryzie moje skarpety i szczeka na obcych. Jego zachowanie jest wynikiem czegoś. Na przykład mojego zaniedbania w tresurze, czy zapewnienia mu poczucia bezpieczeństwa. Ale nie zmienia to faktu, że obszczekana osoba może być zirytowana.

Moim zdaniem rodzice z dziećmi absolutnie nie powinni rezygnować z podróży transportem publicznym. Z wielu względów jest on wygodniejszy niż samochód (można wstać, rozprostować nogi, iść do toalety, zająć czymś dziecko). Dzieci mają prawo do zabawy, a nie można oczekiwać, aby przez kilka godzin w ciszy kolorowały czy oglądały bajki, bo komuś będzie przeszkadzał hałas. Zresztą podane na początku przykłady zabaw typu "zaśpiewaj piosenkę" albo "jak robi kotek", świadczą o tym, że rodzice tymi dziećmi się zajmują, a nie zostawiają je "samopas". Nie widzę tu ze strony rodziców braku wychowywania (wychowywanie to nie tresura). Znudzone podróżą dziecko, któremu rodzic nie znajdzie rozrywki będzie piszczało, marudziło, a może nawet płakało. Moim zdaniem to dużo gorzej niż śpiewanie piosenki.

Może Was oburzę, ale dodam coś jeszcze - gdy mój syn był mały zdarzało mi się nie reagować na jego ataki płaczu w sytuacji, gdy próbował coś wymusić. Efekt jest taki, że obecnie jest rozsądnym 10 - latkiem, który w pociągu zachowuje się w miarę cicho, wie że są też inni ludzie i nie powinien nikomu nie przeszkadzać.

Dodam jeszcze, że np. w Pendolino są wagony ciszy. Polecam, jeśli komuś przeszkadza hałas. Wilk będzie syty i owca cała.

Bardzo jestem ciekawa głosów w tej dyskusji. Rzeczywiście przy takich tematach fora rozpalają sie do czerwonosci. Mam wrażenie, że tak się fiksujemy na metanarracjach  (bo my, bo oni, bo kiedyś, bo ach, ci dzisiejsi, bo savoir-vivre, bo potrzeby dzieci, bo prawa rodziców, bo obowiązki rodziców, i tak w kółko), że nakręcamy się emocjonalnie, a wcale nie rozwiązujemy żadnego problemu.

Ja uważam, że szansą jest postawa proaktywna  (co teraz, w tym konkretnym momencie mogę zrobić, żeby choć odrobinę poprawić sytuację). Wierzę, że w sumie takich postaw tkwi rozwiązanie.

Cytat z Beata87 data 8 czerwca 2019, 16:13

Może Was oburzę, ale dodam coś jeszcze - gdy mój syn był mały zdarzało mi się nie reagować na jego ataki płaczu w sytuacji, gdy próbował coś wymusić. Efekt jest taki, że obecnie jest rozsądnym 10 - latkiem, który w pociągu zachowuje się w miarę cicho, wie że są też inni ludzie i nie powinien nikomu nie przeszkadzać.

Dodam jeszcze, że np. w Pendolino są wagony ciszy. Polecam, jeśli komuś przeszkadza hałas. Wilk będzie syty i owca cała.

Nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, że rodzice stosują metodę braku reakcji na krzyki (ale nie rozumiem jej, gdy dziecko ściąga z półek towary, czy robi bałagan). Choć niektóre poradniki mówią, że gdy dziecko wpadnie w taką niepowstrzymaną rozpacz powinno się je wyprowadzić ze wspólnej przestrzeni, by mogło się wyciszyć. Nie jestem tylko pewna, jak to zrobić, gdy ma się mało czasu, wózek pełny produktów i drugie dziecko na ręku. No albo, jak to zrobić w pociągu, czy samolocie?

Niestety ogólnie jest tak, że każdy patrzy ze swojej perspektywy i często uznaje ją za jedyną słuszną. Myślę, że łatwiej by nam było (i milej) gdybyśmy byli dla siebie nawzajem wyrozumiali i starali się możliwie brać odpowiedzialność za sytuację.

Kiedyś musiałam jechać autobusem podmiejskim z 2,5-latkiem. Mały był przygotowany na podróż, ale gdy tylko wsiedlismy zaczął krzyczeć bo się bał autobusów. To samo było z tramwajami. Ludzie patrzyli na mnie jak na Raroga. Nie było mi do śmiechu. Na szczęście po 10 minutach synek zasnął.

Podróż z małymi dziećmi to koszmar ale czasem trzeba. I trzeba je wówczas zabawiać, śpiewać, namawiać na te wszystkie koko i hau hau bo proszę mi wierzyć, te dźwięki to nic w porównaniu z tymi jakie potrafi wydawać znudzone dziecko.

Proszę też sobie wyobrazić sytuację w której znudzony trzy,czterolatek zaczyna hałasowac a rodzice reagują (proszą, upominaja, w końcu kategorycznie żądają ciszy). W 9/10 przypadków taka reakcja kończy się płaczem a czasem i wyciem dziecka. Tak dla efektu. W domu jest ok. W domu dziecko zignorujemy, poplacze w pokoju i przyjdzie przeprosić ale w pociągu oznacza to płacz na oczach i uszach współpasażerów. I nijak go nie uciszymy chyba że zechcemy go przekrzyczeć albo i szarpać jak nerwy puszczą (efekt żaden za to jakie widowisko!) . Przytulanie wbrew powszechnym wśród bezdzietnych psychologów opiniom skutkuje tak w 30 procentach. Zakład że podróż przypadnie na pozostałe 70? W niektórych miejscach publicznych kulturalnie uciszenie dziecka nie ma szans powodzenia. Rodzice,którzy w domowych warunkach poradzili by sobie z maluchem w trymiga teraz są zażenowani, bezradni, czują na sobie potępiający wzrok współpasażerów i narasta w nich złość. A zdenerwowany rodzic nie ma już żadnych szans na uspokojenie malucha. Te potworki wyczuwają nastrój jak barometr zmiany pogody.

Można bąblowi dać tablet lub telefon (skutek natychmiastowy). No i znowu mamy te pełne potępienia spojrzenia,że oto rośnie nowy homotableticus. I te paskudne dźwięki z telefonu, nie może pani założyć mu słuchawek? Nie, nie mogę,to jest czterolatek, nie może słuchać słuchawek a bez dźwięku bajki nie obejrzy. To dziwne? Proszę spróbować obejrzeć ulubiony serial bez dźwięku. Albo z dźwiękiem ale tak wyciszonym, że nic nie słychać.

Dlatego apeluję do bezdzietnych szczęśliwych podróżnych: słuchawki na własne uszy i uśmiech na twarz! Rodzice przechodzą w tym czasie gorsze piekło. A czasem jakoś przejechać trzeba. Czasem dziecko, które 10 poprzednich podróży było małym aniołkiem teraz pokazuje różki. Rogi. Rożyska.

Wydaje mi się, że zapomina się często o głównym winowajcy, jakim jest przecież kolej, która nie dba o potrzeby wszystkich swoich klientów. Moim zdaniem pociągi, restauracje i wiele innych miejsc publicznych powinno dążyć do tego, by oferować oddzielne przedziały czy salę dla dzieci i ich rodziców. Wówczas rodzice powinni czuć się zachęceni, czy wręcz zobowiązani do skorzystania z takiej przestrzeni. Chyba jeszcze lepszy pomysł miało Intercity Premium z wagonami ciszy. Niestety w zwykłym transporcie publicznym takiej możliwości nie ma i w związku z tym pasażerowie muszą podjąć dodatkowy wysiłek, żeby podróż przebiegała jak najbardziej komfortowo dla wszystkich - bo co do tego, że rodzice i ich dzieci mają prawo do poruszania się transportem publicznym (i że powinni z niego korzystać) nie mam wątpliwości. Choć może powinni rozważyć inne możliwości, jeżeli wiedzą, że ich dziecko jest szczególnie głośne i szczególnie źle znosi podróż - bo wtedy będzie to koszmar dla wszystkich, rodziców, współpasażerów i samego dziecka.

12
(id: 0)